Wiktor Lizoń


Wiktor ma tylko dwa i pół roku, a przeszedł już znacznie więcej niż większość dorosłych. Życie napisało mu bardzo trudny scenariusz. Wszystko zaczęło się 27 grudnia 2014 roku. Rodzice datę pamiętają dokładnie, bo przecież trudno wymazać z pamięci dzień, w którym cały ich mały świat legł w gruzach. Tego dnia usłyszeli nie tylko, że maluch cierpi na białaczkę, ale również to, że ich ukochany synek może nie dożyć do końca roku. Razem zaczęli walkę, ale na pierwszym froncie stanął maleńki chłopiec.

Najpierw była niezwykle ciężka chemia, która spustoszyła organizm chłopca – przestały pracować jelitka, potem wdała się sepsa, następnie był wylew krwi do mózgu i ostra niewydolność oddechowa . Lekarze dawali mu 1% szans na przeżycie, a on ten jeden maleńki procent wykorzystał całkowicie. Po wielu miesiącach szpitalnych kłopotów, po trudnym przeszczepie szpiku, w końcu okazało się, że jest „czysto”. Niestety, nie na długo. W trakcie badań kontrolnych okazało się, że Wiktor ma wznowę. Zaczęła się kolejna batalia – ale i tym razem chłopczyk poradził sobie z jeszcze mocniejszą chemią, jeszcze trudniejszą walką i z trudami kolejnego przeszczepu.

Dziś Wiktor powolutku wraca do zdrowia – przeszczepiony szpik pracuje, lekarze odstawili mu wiele leków, Wiktor rośnie i powoli nadrabia wszelkie braki. Wciąż jednak musi przyjeżdżać na regularne kontrole do Przylądka Nadziei. Przed nim i jego rodziną jeszcze mnóstwo pracy i wysiłku, który trzeba włożyć choćby w rehabilitację. Tak, żeby choroba stała się tylko złym snem.